poniedziałek, 21 stycznia 2013

III Panewnicki Dziki Bieg – edycja I – 20.01.2013 r.



Decyzję o starcie w tych zawodach podjąłem dość spontanicznie. Nadarzyła się okazja by po pierwsze zedybiutować w zawodach biegowych, a po drugie rozpocząć sezon startowych. Do Panewnik miałem zaledwie 30 minut jazdy samochodem więc lepszej okazji być nie mogło.

Formuła zawodów dość prosta. Organizatorzy wytyczyli pętlę 4.882 metrów, którą by zostać sklasyfikowanym, należało pokonać przynajmniej raz, a maksymalnie cztery razy, co łącznie dawało 19.582 metry. Limit czasowy to trzy godziny. Na zawody jechałem z postanowieniem przebiegnięcia najdłuższego dystansu. Cel – zrobienie mocnego treningu, a po za tym zapoznanie się jak wyglądają takie zawody organizacyjnie w porównaniu do imprez MTB.

Start zaplanowany był na godzinę 11:00. O 10:30 jestem już na miejscu. Udaję się do biura, gdzie już stała dość spora kolejka zawodników. Szybka rejestracja, opłata wpisowego (tylko 10 zł), pobranie numeru (110).

Zawody są coraz bardziej popularne. Na starcie staje 208 biegaczy i 43 nordic walking. Natłok chętnych powoduje, że start opóźnia się o 15 minut. W między czasie, przebieram się, robię rozgrzewkę, biegnę kawałek w jedną i kawałek w drugą stronę po wyznaczonej trasie. Zapowiada się dość ciężki bieg – na trasie zalega dużo nieubitego śniegu – łatwo biec się nie będzie.

W oczekiwaniu na start bardzo fajna atmosfera. Wszyscy uśmiechnięci, organizator dla zabicia nam czasu, w oczekiwaniu na zakończenie rejestracji podaje wyniki naszych skoczków i zdaje relację z walki A. Radwanskiej.

Wszyscy powoli ustawiają się na start. Nie ma żadnych sektorów ale nikt się nie pcha do przodu, każdy spokojnie stoi, co chwila skacząc dla rozgrzania (termometr pokazuje -4.5 stopnia) co momentami wyglądało dość zabawnie.

Potem tylko odliczanie i start. Najpierw wszyscy razem. Powoli się „peleton” rozrywa. Na początku ciężko jest wyprzedać po nieubitym śniegu, więc nie pcham się na wariata do przodu. Niestety zaraz po starcie biegniemy pod górkę, nie jest to jakieś wielkie wzniesienie, ale od razu łapie mnie ból w prawej nodze na wysokości piszczela. Jestem trochę tym zdenerwowany, bo przebiec cały dystans, z dość silnym bólem nie wydawał mi się możliwy. Staram się biec spokojnie, kombinując z ustawieniem prawej stopy przy jej kontakcie z podłożem. Tym sposobem znajduje złoty środek, pod koniec pierwszego kółka ból ustaje a ja załapuje swój rytm. Rytm nie jest jakiś szalony, zaledwie 6 min/km, ale przy panujących warunkach i dystansie jaki mam zamiar pokonać, jest dość optymalny.

Po pierwszym okrążeniu stawka się rozciąga. Ja ustawiam się za jednym z zawodników i tak cały czas biegniemy razem kolejne okrążenia. Pierwszy bufet omijam, mam swoje picie. Na kolejnych zatrzymuję się na chwilę by napić się wody/herbaty/kawy. Średnio wychodzi, że biegnę jedno okrążenie około 30 minut. Zanosiło się więc, że czeka mnie bieg w okolicach lekko 2 godzin. Spodziewałem się też tego, iż ostatnie kółko może być już o wiele wolniejsze.

W końcu wbiegam na ostatnie kółko. Po półtorej kilometra, czyli tym kawałku gdzie jest cały czas w górę, mój współtowarzysz wyraźnie słabnie. Tempo spada. A ja czuję, że jednak mogę pobiec szybciej. I to nie ze względu żeby kogoś wyprzedzać ale chciałem już jak najszybciej być na mecie. Przyspieszyłem, wyprzedziłem rywala i już samotnie, widząc tylko w oddali następnych zawodników, kontynuowałem bieg. Kilometry jednak mijały bardzo wolno. Żałowałem, że nie wziąłem słuchawek, przydało by się teraz włączyć jakąś mocną muzę dla zmotywowania i wyłączenia myślenia o dość solidnym już zmęczeniu. Z wytęsknieniem spoglądałem co chwila przed siebie wypatrując ostatniego skrętu w prawo do mety. Za mną zrobiła się dość duża luka do następnych biegaczy. Jednak im bliżej mety, to ktoś do mnie cały czas się zbliżał. To trochę mnie motywowało do mocnego biegu i nie pozwoleniu się wyprzedzić. Niestety nie udało się, ale jak się później okazało, był to zawodnik kończący dopiero trzecie okrążenie.

Wreszcie pojawił się zakręt i ostatnia prosta do mety. Zapomniałem o zmęczeniu, uśmiech pojawił się na twarzy – jest – dałem radę !!!

Na mecie gratulacje – zmieściłem się w dwóch godzinach. Czas końcowy to 1:59:21. Daje to 93 miejsce open (208 startujących). Szału nie ma ale jak na pół roku biegania to jestem zadowolony. I będzie co poprawiać w kolejnych edycjach.

Po wszystkim odbiór dyplomu. W okolicy mety już paliło się ognisko, każdy mógł upiec sobie kiełbaskę. Ja odpuściłem i szybko udałem się do samochodu. Nie miałem za bardzo ciuchów do przebrania, nie chciałem ryzykować przeziębienia.

Czasy poszczególnych okrążeń:

1 – 29:04
2 – 29:28
3 – 30:17
4 – 30:28

Na pewno pojawię się na kolejnych edycjach, których daty poniżej:

- 24 lutego  2013 roku    
- 24 marca 2013 roku
- 14 kwietnia  2013                     
- 19 maja  2013
- 16 czerwca  2013 roku
- 21 lipca  2013 roku          
- 25 sierpnia  2013 roku    
- 15 września  2013 roku    
- 27 października  2013 roku
- 17 listopada  2013 roku  
- 08 grudnia  2013 roku



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz